Filmowe rekomendacje na Nowe Horyzonty, cz.1 – filmy dla każdego

Dziś pierwsza część filmów - dla każdego. Jutro kolejna - filmy mniej oczywiste.


„Miłość” Michael Haneke – to film otwarcia festiwalu. Nie tylko arcydzieło filmowe, ale genialne dzieło sztuki w ogóle. Chociaż to przecież bardzo kameralny, prosty obraz, kamera właściwe nie opuszcza kamienicy, gdzie mieszka 80-letnie małżeństwo. Świetne role Jean-Louis Trintignanta i Emmanulle Rivy. Film mówi o powszechnych sprawach, które są jednak konsekwentnie wypierane przez popkulturę, rugowane z naszej codzienności jako niewygodne. Dzisiaj mało jest filmów, które poruszają takie kwestie jak starość, choroba, umieranie. To film zaskakująco czuły, jak na Henekego, który do tej pory robił raczej zimne i wykalkulowane formy. „Miłość” została nagrodzoną Złotą Palmą na tegorocznym Festiwalu w Cannes. To już druga Złota Palma dla Hanekego, a to stawia go na piedestale współczesnych artystów. Argument, który przemawia za tym, żeby „Miłość” obejrzeć, jest jednak przede wszystkim emocjonalny – ten film po prostu wzrusza, to niezwykle mocne i czyste przeżycie, jakiego rzadko dziś doznajemy w kinie. Wywołuje w nas wspomnienia bliskich, którzy odchodzili z naszego życia. Na kreowaniu tych emocji polega geniusz i wielkość Hanekego. Więcej od kina oczekiwać nie można.




„W drodze” Waler Sellers – to z kolei film na zamknięcie festiwalu. Adaptacja kultowej powieści Jacka Keuraca, z początku lat 50. zeszłego wieku, która szkicuje obraz zmieniającej się Ameryki tamtego czasu. Biblia bitników i hipisów. Długo czekała na sfilmowanie. Francis Ford Coppolla, który zakupił prawa do tej powieści, powierzył w końcu jej reżyserię Walterowi Sellersowi, twórcy m.in. „Dzienników motocyklowych” opowiadających o młodym Che Guevarze. „W drodze” opowiada o wspólnej podróży przez Stany, grupy zaprzyjaźnionych 20-latków. Jest przywołaniem idealistycznej pojmowanej wolności, o której marzyli ludzie ponad 50 lat temu, ale o której marzenie jest nadal aktualne. Film zrobiony z dużym rozmachem. Wiem, że widzowie czekają na niego.


„Za wzgórzami” Cristian Mungiu – Mungiu to laureat Złotej Palmy sprzed kilku lat za film „4 miesiące, 3 tygodnie, 2 dni”. Tegoroczny film został nagrodzony w Cannes za najlepszy scenariusz oraz grę aktorską ( aktorki w głównych rolach). Te wyróżnienia podkreślają niezwykły talent tego rumuńskiego reżysera. Film jest inny od „4 miesięcy...”, mówi o współczesnej Rumunii, jest oparty na faktach. Opowiada o dwóch przyjaciółkach, wychowankach domu dziecka. Jedna z nich jest zakonnicą w klasztorze prawosławnym, druga wyjechała do Niemiec, ale wraca z nich po to, aby tę przyjaciółkę z klasztoru wydostać. Przeor jednak odmawia wyjazdu swojej podopiecznej. Zaczyna się walka o duszę dziewczyny. Kończy się to tragedią. To film, który stawia pytania dotyczące wiary. Wiara ma wyzwalać, a tutaj krępuje. Dość głośno było o sytuacji, która stanowi punkt wyjścia do filmu. Cała Rumunia spierała się o wiarę i odpowiedzialność za władzę. Myślę, że w Polsce film ten wywoła podobną debatę.


„Raj: Miłość” Ulrich Seidl - pierwsza część trylogii. Seidl to twórca pełnometrażowych dokumentów oraz dwóch głośnych filmów fabularnych: „Upałów” oraz „Import, Export”. Seidl będzie miał swoją retrospektywę podczas tegorocznego festiwalu, z jego dokumentów właśnie, uznaliśmy je za najważniejsze, bo ten realistyczny styl widać też w jego niemalże paradokumentalnych fabułach. „Raj” to opowieść, która dzieje się na wczasach w Kenii. Te wczasy są w zasadzie formą seks-turystyki dla starszych samotnych kobiet z Europy. Film traktuje o podróżach po seks, ale przede wszystkim pokazuje samotność kobiet i potrzebę bliskości drugiego człowieka. Tym osamotnionym kobietom wydaje się, że mogą kupić miłość za pieniądze, bo je na to stać. Poprzez ich historie pokazana jest relacja Europy z Afryką, relacja podległości i dominacji, nasza wyobrażona kulturowa wyższość. A jednocześnie ten film jest satyrą o złudnym szczęściu, rodzajem uniwersalnej przypowieści.


„Bestie z południowych krain” Benh Zeitlin – to debiut młodego, amerykańskiego reżysera. Był pokazywany na Sundance w tym roku. Został okrzyknięty jednym z najwybitniejszych niezależnych filmów dekady. W Sundance został kilka nagród, m.in. za najlepszy film. Pokazywany też był w Cannes, gdzie nagrodzono go za także jako najlepszy film w sekcji Inne Spojrzenie, dostał również Złotą Kamerę za najlepszy debiut. Byłem na canneńskim pokazie. Publiczność zgotowała twórcom owację na stojąco. Często się klaszcze w Cannes, fetuje się reżyserów, ale takiej owacji dawno nie widziałem. Film to połączenie realistycznej opowieści, fantasy i baśni. Akcja się dzieje gdzieś na dalekiej prowincji, zalanej przez powódź o ogromnych, apokaliptycznych wręcz rozmiarach, a grupa ocalonych ludzi zamieszkuje skrawki suchego lądu i szykuje się do walki z mitycznymi bestiami, które przebudziły się ze snu wskutek kataklizmu. Główną bohaterką jest mała dziewczynka, która ma wyjątkowy kontakt ze światem natury. Tutaj jednak fabuła nie jest wartością, ale forma. Zastanawiałem się, skąd ten Amerykanin ma taką wyobraźnię, skoro w USA robi się zwykle realistyczne filmy. Tajemnica wyjaśniła się, kiedy okazało się, że studiował w Pradze. Widać w tym filmie wpływ środkowoeuropejskiego ducha.
Trwa ładowanie komentarzy...