Nowohoryzontowe rekomendacje cz.2 – odkrycia

Dzisiaj w polecaniach filmy intrygujące, wymykające się jednoznacznym ocenom, eksperymentalne i jedyne w swoim rodzaju.


„Holy motors” Leos Carax – to chyba najbardziej oryginalny film spośród wszystkich, które pokażemy na festiwalu, a pokażemy ich ponad sto. Był to też najbardziej szalony film canneńskiego konkursu. Carax to naprawdę tajemnicza postać we francuskim kinie. Filmy robi rzadko, mimo że debiutował na początku lat 80., mam w dorobku tylko pięć tytułów i jest postrachem producentów, bo przekracza budżety. Przy produkcji „Kochanków z Pont Neuf” przekroczył budżet trzykrotnie i potem przez 10 lat nie był w stanie zrobić następnego filmu. To facet, który przekracza też granice konwencjonalnego kina. „Holy motors” to surrealistyczny hołd dla kinematografii, dla Paryża. Czerpie z ducha magicznego realizmu, raz jest żartobliwy, raz jest poważny. Prawdziwy rollercoaster. Polecam, szczególnie, że Carax naprawdę, to nie jest szastaniem przymiotnikami, dla wielu jest reżyserem kultowym.

„Post tenebras lux” Carlos Reygadas – Najbardziej radykalny film, jeśli chodzi o formę i realizację. „Happon”, „Ciche światło” – te filmy reżysera już pokazywaliśmy na Horyzontach. Jest prawdziwym poetą kina, mistykiem. Inspiruje się Tarkowskim. I ten film, nagrodzony zresztą za najlepszą reżyserię w Cannes, przypomina mi „Zwierciadło” Tarkowskiego właśnie. Z pogranicza jawy i snu, nie ma fabuły, budowany w pierwszoosobowej narracji. Są tam lęki, pierwotne instynkty, ukryte pragnienia. Trudno się mówi o takich filmach, ale tych, którzy lubią sobie stawać wyzwania w kinie, na pewno nie zawiedzie.



„Córka...ojciec..córka” Panahbarkhoda Rezaee – To irański film, ale znacząco inny od tych, które przyzwyczailiśmy się rozpoznawać jako irańskie. Zupełnie osobny. Powolna narracja, fabuła szczątkowa. Oglądamy kobiety, które polują na ptaki, oglądamy ich ojca, który kręci się wkoło domu, sprzedaje paliwo okolicznym mieszkańcom. Film ma powolny rytm, następujące po sobie czynności codzienne są monotonne, powtarzalne, ale jest jakaś magia w tej powtarzalności, nieśpieszności. Bliskie mi są takie filmy, bo dzisiaj żyjemy w dosyć szalonym tempie, a chce też, żeby kino było takim miejscem, gdzie się zatrzymamy. Nie ma muzyki, nie ma prawie dialogów, można pobyć ze sobą, coś przeżyć. Film jest też przepięknie skomponowany wizualnie, bo reżyser z wykształcenia jest fotografem.

„Century of Birthing” i „Florentina Hubaldo CTE” Lav Diaz – Reżyser z Filipin. Jest ojcem duchowym tego kina, wizjonerem, robi monumentalne kinowe eposy, trwające po sześć, osiem godzin. Jest absolutnie wolny, nieskrępowany żadnymi foramlnymi ograniczami, daje sobie przestrzeń na rozmach, ma niezwykłą wyobraźnię. My pokażemy dwa jego filmy: „Century of Birthing” który trwa 355 min i „Florentinę Hubaldo CTE”, która trwa ponad 360 minut. Szczególnie ten pierwszy polecam, bo opowiada o roli artysty te współczesnym świecie, o roli sztuki. Wiem, że czas trwania projekcji może odstraszać, ale przecież można wyjść, zrobić sobie przerwę. Naprawdę zachęcam do zmierzenia się z tymi filmami, odważnego pozostawienia bożego świata za sobą, poddania się tej medytacyjnej podróży.
Trwa ładowanie komentarzy...